Ok Am na

Oficyna Wydawnicza "Agawa"
ISBN 978-8-385571-69-8
Seria: Literatura Faktu
Felietony
Okładka barwna, foliowana
Format S6 (125 x 195 mm)
Str. 260
Cena detaliczna: 29 zł

Przyjaciel zza oceanu
Wiesław Cypryś dziś wnikliwie obserwuje Amerykę.

Pamiętam, żegnałem go w mglisty, zimny listopadowy wieczór 1981 r. na peronie rzeszowskiego dworca kolejowego. Pociąg powiózł go do Warszawy, skąd samolotem poleciał do dalekiej Ameryki. Miał tam być kilka miesięcy, popracować ciężko, poznać, jak to było u niego w zwyczaju, kraj od podszewki, potem wrócić do Polski. Ogłoszenie 13 grudnia stanu wojennego sprawiło, że młody dziennikarz i reportażysta Wiesław Cypryś został już w Ameryce na stałe.

Tu brał się z życiem za bary, pracował ciężko, nie rezygnując jednak z wyższych aspiracji. Ukończył kolejne studia uniwersyteckie, pozwalające efektywniej zajmować się tym, co absorbuje go do dziś – administracją grupy domów na nowojorskim Manhattanie. Nie odłożył także pióra.

Właściwa mu od dzieciństwa ciekawość świata, zmuszająca najpierw do poznawania Polski i Europy, pogoniła go również do wędrówek po Ameryce. Ich plonem były reportaże i felietony, które publikował w nowojorskim „Nowym Dzienniku”, torontońskim „Głosie Polskim”, londyńskim „Orle Białym”, zachodnioberlińskim „Poglądzie”, a także w krajowym „Czasie Krakowskim”. Potem zbierał je w książkach: „Dżungla” (1999), „Na granicy” (2002), „Ameryka od podwórka” (2008), wreszcie „Ameryka na zakręcie” (2012).

Czytałem zawsze z ciekawością teksty mego przyjaciela zza oceanu wiedząc, że znajdę w nich obraz rzeczywistości, tworzony w efekcie wnikliwej obserwacji i kontaktów z ludźmi, a nie wymyślany w czterech ścianach amerykańskich hoteli i moteli. Jedno mnie tylko w tych tekstach uwierało i uwiera – niemal wszystkie przedstawiają ciemne strony rzeczywistości amerykańskiej. Wypominam to autorowi przy każdej okazji, on jednak pozostaje nieubłagany i podtrzymuje swe zdanie, wyrażone w przedmowie do zbioru felietonów „Dżungla”. Pokazuje Amerykę z ciemniejszej strony, bo jest przekonany, że „została już wystarczająco wyidealizowana i wychwalona”. „Ameryka kojarzy się przeciętnemu Polakowi z dużymi samochodami, szerokimi drogami, wysokimi biurowcami i ogromnymi kanapami. Obraz taki utrwalają powracający do kraju rodacy, którzy najczęściej unikają opowieści o swych przykrych, emigracyjnych doświadczeniach. Zapracowani, sfrustrowani, bez znajomości języka i niechętni do wydawania pieniędzy, nie poznali kraju bliżej. Wszystko więc w ich oczach jest tu najlepsze, największe, najelegantsze, najbardziej nowoczesne. Ale to tylko część prawdy. Na ziemi Waszyngtona nie brakuje zła, biedy, przemocy, nienawiści, egoizmu” – pisał Cypryś. Podczas zbierania materiałów do swoich książek i publikowania ich w Polsce przyświecał mu jeden cel: pokazać potencjalnym emigrantom również to ciemniejsze oblicze Ameryki, by oszczędzić im nadmiernego rozczarowania, kiedy przyjadą do tego kraju.

W ostatnim tomie, „Ameryka na zakręcie”, zawierającym wprawdzie, jak i poprzednie, przeważnie teksty pisane w ciemnej tonacji, Wiesław Cypryś dostrzega już oznaki moralnego odradzania się tego kraju. „Nie mam co do tego żadnych wątpliwości” – pisze w jednym ze swoich tekstów.

Ja zaś nie mam wątpliwości, że przejawy owego odrodzenia zostaną przezeń opisane z równą wnikliwością i dociekliwością, jak to robił wcześniej, przez ponad 30 lat swego pobytu za oceanem.

„Jak ten czas szybko leci. Ani się obejrzałem, a tu minęło trzydzieści lat, od kiedy przyjechałem do Ameryki. Od tylu też lat obserwuję ten niezwykły kraj: jego społeczeństwo, obyczaje tu panujące, meandry polityki, życie kulturalne, układy ekonomiczne. Czasem wydaje mi się, że na tyle wgłębiłem się w zakamarki amerykańskiej egzystencji, że poznałem i przeżyłem tu wystarczająco dużo spraw i zdarzeń małych i dużych, żeby czuć się i myśleć jak Amerykanin, a nie jak imigrant, człowiek z daleka, z kraju rządzonego przez komunistów (na szczęście to już przeszłość), gdzie wszystko jest na odwrót. Ale nie, ciągle coś mnie zaskakuje, dziwi, czegoś nie rozumiem. Ciągle dostrzegam coś nowego, ciekawego, pasjonującego, innego. Jako dziennikarz nie mogę przejść koło tego spokojnie, bez zastanawiania się, dlaczego coś jest takie, a nie inne, czy jest lepsze, czy gorsze, czy warte wprowadzenia nad Wisłą” – pisał we wstępie do „Ameryki na zakręcie”.

Czekam na kolejne książki Cyprysia, destylujące tym razem pozytywy rzeczywistości amerykańskiej oraz z licznych podróży po świecie i kontaktów z ciekawymi ludźmi, których wielu napotkał na swej drodze.

Czekam również na wspomnienia o jego rzeszowskich korzeniach, o latach dzieciństwa i wczesnej młodości spędzonych w mieście nad Wisłokiem, które ukształtowały go na całe życie. Były to lata ważne. Wybitny pisarz polski komplementując niedawno Wiesława Cyprysia w dużym tekście, wspominając o cyprysiowym braku kompleksu niższości, braku przytłoczenia życiem w wielkiej metropolii, konstatował to z niejakim zdziwieniem. Skąd ta swoboda, z jaką bierze się za bary z życiem amerykańskim, z jaką chłonie zarówno tamtejszą rzeczywistość, jak i dzieła polskiej literatury ten chłopak z prowincjonalnego nawet jak na polską miarę Rzeszowa, gdzie "łany zbóż, krowy i drewniane chałupy pozostały na przedmieściach”?

Tymczasem ta prowincjonalność była swoista, wcale nie gorsza, lecz lepsza od prowincjonalności średnich miast i małych miasteczek dawnej Kongresówki. Czymś, co rzeszowiaków ciągnęło do góry, było choćby nieprzerwane działanie w tych samych murach szkół średnich, pielęgnujących dawne tradycje: I Liceum Ogólnokształcącego im. ks. Stanisława Konarskiego, założonego w 1658 r., i II Liceum Ogólnokształcącego, działającego od początków XX wieku. W latach siedemdziesiątych ub. wieku z nazwiska patrona I LO zniknęła co prawda wzmianka, iż był on księdzem, zaś majora Leopolda Lisa-Kulę patrona II LO, do którego uczęszczał Wiesław Cypryś, zastąpił sowiecki żołnierz Iwan Turkienicz. Mimo to, w szkołach tych uczyli nauczyciele kształceni przez przedwojennych profesorów uniwersyteckich i gimnazjalnych, wspominano tam słynnych wychowanków, m. in. gen. Władysława Sikorskiego, biskupa Józefa Pelczara, niegdyś rektora UJ, obecnie świętego, literatów: Jana Augusta Kisielewskiego, Adolfa Nowaczyńskiego, Witołda Bunikiewicza, Juliana Przybosia, uczonych: polonistę Juliana Krzyżanowskiego, prawników: Maurycego Allerhanda i Edwarda Dubanowicza, twórców Konstytucji Marcowej, historyków: Wacława Sobieskiego i Stanisława Kota, ekonomistów: Romana Rybarskiego, Jana Kantego Steczkowskiego i Jerzego Michalskiego pianistę Adama Harasiewicza, twórców teatru: Kazimierza Dejmka, Jerzego Grotowskiego i Józefa Szajnę. Przy grobie Leopolda Lisa-Kuli na cmentarzu na rzeszowskim Pobitnie, w pobliżu którego był dom rodzinny Cyprysiów, zawsze w dniu Wszystkich Świętych płonęły dziesiątki zniczów pamięci.

Smak muzyczny zaś Cypryś, którego ojciec grał niegdyś jako skrzypek w wiedeńskiej orkiestrze Straussów, kształcił na koncertach w Filharmonii Rzeszowskiej, gdzie wykonywano wówczas m. in. „Carmina Burana” Carla Orffa, gdzie z recitalami bywali m. in. słynny pianista Światosław Richter i wiolonczelista Pierre Fournier oraz na próbach i koncertach chóru Filharmonii Rzeszowskiej. Ów chór, gdzieśmy razem śpiewali, wykonywał m. in. „Requiem” Mozarta.

Druga połowa lat siedemdziesiątych i początek lat osiemdziesiątych ub. wieku były również czasem znacznego ożywienia rzeszowskiego ruchu studenckiego, przede wszystkim w sferach kultury i turystyki, dających oddech od komunistycznej rzeczywistości. Cypryś był tu aktywny m. in. jako dziennikarz studencki, nawiązujący do najlepszych tradycji reportażu polskiego.

Młodzi rzeszowianie nie mieli też wówczas żadnych obaw przed wyjazdem za ocean. Szlak ten bowiem przecierali przed laty ich liczni, starsi krewni, którzy potem utrzymywali kontakt z rodziną w kraju, śląc do niej listy z dolarami w środku.

Czekam więc na te rzeszowskie wspominki, nie omijające spraw towarzyskich, w tym pełnych muzyki wieczorów u uroczych sióstr: Wiesi i Lucyny Banasiówien w domu przy ul. Szwoleżerów.

Czytelnicy tej noty o moim przyjacielu zza oceanu, mogą na szczęście bez trudu kupić dwa ostatnie tomy jego tekstów: „Ameryka od podwórka” i „Ameryka na zakręcie”, wydanych przez renomowaną warszawską Oficynę Wydawniczą „Agawa”.

Bogdan Gancarz

 O autorze

Dziennikarz, publicysta, felietonista, tłumacz i podróżnik. Urodził się
w 1955 roku w Rzeszowie. W 1980 ukończył Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej, filia w Rzeszowie (obecnie Uniwersytet Rzeszowski). W latach 1983-85 studiował na City University of New York w Nowym Jorku. Debiutował w 1980 roku na łamach studenckiego pisma “Dwukropek”, którego był współredaktorem. Po powstaniu Solidarności współpracował z „Solidarnością Rzeszowską” i pismem „Z dołu”. Stan wojenny zastał go w Nowym Jorku, gdzie mieszka do dziś. Współpracował z zachodnioberlińskim „Poglądem” (1985-89), londyńskim „Orłem Białym” (1988-2001), był korespondentem krakowskiego „Czasu” (1990-97). Pisze do gazet i periodyków emigracyjnych, od 1982 r. do nowojorskiego„Nowego Dziennika” i do torontońskiego „Głosu Polskiego” od 1988 r. Publikuje także w prasie krajowej i amerykańskiej. Jest autorem scenariuszy oraz tekstów komentarzy do dwóch filmów dokumentalnych. Wydał dwa wybory felietonów " „Dżungla” (1999) i „Ameryka od podwórka (2008), oraz wybór reportaży „Na granicy” (2002).
Jego najnowszy tom felietonów daje zwięzły i rzeczowy obraz Ameryki takiej, jaką jest ona w naszych trudnych czasach, trudnych również dla niej. Dlatego szuka swojej nowej drogi. Jest na zakręcie nie tylko w sprawach gospodarczych, w potrzebie sprostania nowym wyzwaniom, ale także w politycznych, społecznych i obyczajowych, co wnosi w życie jej mieszkańców wiele niepewności i niepokoju.

Developed in conjunction with Ext-Joom.com